
Żeby zatem inwestować z nieco większym sensem trzeba zrzucić z siebie skorupę „sieciowego klienta wielkiej instytucji finansowej". Takiego, co to przychodzi karnie do swojego oddziału banku, albo umawia się w kawiarni ze swoim doradcą inwestycyjnym, dumny jak paw, że zasłużył już na bycie klientem „private banking", ale zasadniczo karnie wykonuje wszystkie sugestie swego opiekuna. Wymaga to zresztą pewnej asertywności.
Ja potulnie słuchałem swego bankowego mędrca parę latek. Mówiłem: „Mam parę tysięcy i nie mam pojęcia, co z nimi zrobić." A on na to: „A my mamy akurat fajną strukturę, cóż za zbieg okoliczności", po czym następowały dziesięciominutowe wywody z których nic nie rozumiałem. Na koniec ja mówiłem z mądrą miną: „Aha, brzmi interesująco" i podpisywałem grzecznie, gdzie mi kazano. Nic dziwnego, że pierwsza odmowa nie przyszła mi łatwo. To jakby odmówić w licealnym kibelku papierosa, gdy częstuje cię największy kozak w szkole.
A kiedy już się nie jest pokornym klientem sieciowym? Nurkuje się w oceanie możliwości. Tak jak do tej pory wszystko podtykano pod nos, tak teraz trzeba się nieźle natrudzić, żeby wybrać jakąś ponętna inwestycję. Jak to zrobić? No cóż. Ja wpadłem na pomysł, żeby jednego doradcę inwestycyjnego... zastąpić innym. A raczej kilkoma. Ponieważ istniej teraz multum firm i foremek doradczych, warto się pospotykać z kilkoma i posłuchać, co maja do powiedzenia. Istnieje szansa, że któryś ma coś ciekawego do powiedzenia, a ignorantów łatwo zidentyfikować (zazwyczaj obsesyjnie powracają do dywersyfikacji oszczędności). Ale znowu nie należy żadnemu bezgranicznie ufać. Ja miałem szczęście trafić na bardzo sympatycznego faceta z Noble Banku, który z wielka pasją dzielił się ze mną swoją niemałą - z mojego punktu widzenia - wiedzą. Ale czy dzięki niemu zarobiłem?
Hm... Pewnego razu nieśmiałą bąknąłem mu, że moja mama sugeruje, iż powinienem zainwestować w złoto. Pogardliwie wydął wargi. - No, nie... To żałosny pomysł. Anachroniczny. Przecież są papiery... lewary... fundusze... nieruchomości. Ale złoto? No nie - wygłosił tyradę, a mnie zrobiło się wstyd, że słucham matki emerytki. Było to jakieś cztery lata temu, a od tej pory notowania złota wzrosły jakiś trylion procent. Gdybym słuchał mojej mamy, a nie pana analityka byłbym znacznie bogatszym człowiekiem.
Doradcy, nawet ci niegłupi i uczciwi, cóż - często się mylą. Mój mądrala tuz przed krachem w 2008 roku przekonywał mnie (sam przekonany przez swoich przełożonych), że amrykański kryzys na rynku nieruchomości jest płytki, nie taki straszny i w związku z tym należy inwestować w akcje. Ale czy można mieć do niego pretensję? Raczej nie, skoro - według renomowanej agencji Bloomberg - z 10 okazji inwestycyjnych polecanych przez Goldman Sachs (amerykański banki inwestycyjny, megaultraspeców od zarabiania kasy) na rok 2010 aż 7 przyniosło spore straty. Najwięcej można było stracić obstawiając wzmocnienie złotego wobec japońskiego jena. Tymczasem jen szybuje znacznie ponad stratosfera, a ci którzy posłuchali Goldmana znaleźli się na najlepszej drodze do bankructwa.
Jaki płynie z tego wniosek? Pierwszy poważny: dywersyfikacja oszczędności to faktycznie niezły pomysł, przynajmniej nie wszystko straci się za jednym zamachem (jak wspominałem, o dywersyfikacji wspominają wszyscy ignoranci). Drugi poważny nieco mniej: jeśli doradca inwestycyjny cos nam sugeruje, należy zrobić dokładnie odwrotnie. To żart, ale dalibóg - cos w tym jest.
Igor Zalewski - Inwestycyjny poradnik ignoranta (1)
Jak zrobić profesjonalny makijaż?
Nie płać, zrób to sama
Jesteś bezrobotny i zadłużony po uszy? Bank Millennium da ci... złotą kartę
Jesteś bezrobotny i zadłużony po uszy? Bank Millennium da ci... (...)
Budżet domowy - Kupowałam schab po kilka kilogramów, porcjowałam – i do zamrażarki!
Przynajmniej dwa razy w roku przyglądam się swojemu budżetowi, a (...)