Logowanie
Login
Hasło

zarejestruj się
zapomniałem hasła
szukaj
newsletter
PORADY EKSPERTA
Poradź się eksperta!
Rzadko robimy zakupy w wyrachowany, zimny i skalkulowany sposób. Badania dowodzą, że większość decyzji o zakupach zapada dopiero w sklepie. Niezbyt to służy naszym portfelom. Specjaliści od hipermaketowego marketingu bezwzględnie wykorzystują ludzką skłonność do spontanicznych zachowań.
NIEZBĘDNIK

Igor Zalewski - Inwestycyjny poradnik ignoranta

01.09.2010 | Inwestujemy

Kilka lat temu zdałem sobie sprawę z dość oczywistej rzeczy. Jeśli nie chcę spędzić jesieni życia żując bezzębnymi dziąsłami suchy chlebek (bo nie stać mnie będzie na sztuczną szczękę), nie mogę liczyć na ZUS. Choćby się zarabiało dzisiaj dyrektorską pensję, zusowska emerytura będzie jedynie drobną częścią tej sumy. Oznacza to, że z dnia na dzień status materialny obywatela pikuje niczym Junkers Ju-87 na Westerplatte - z rykiem syreny, oczywiście, żeby było bardziej dramatycznie. Jednego dnia zasypiasz jako obrastający w tłuszczyk przedstawiciel klasy średniej, następnego budzisz się i ledwo wiążesz koniec z końcem. Nie ma mowy o utrzymaniu stopy życiowej do której się przyzwyczaiłeś. Albo zaciskasz pasa, albo liczysz na to, że dokarmiają cię dzieci i wnuczęta.

Co do mnie postanowiłem pójść trzecią drogą i liczyć tylko na siebie. Oznaczało to, że zamiast rozwalać wszystkie pieniądze na imprezy, wódeczkę i niezliczone przyjemności życiowe, warto przynajmniej część odłożyć. A raczej: zainwestować. Niestety, byłem kompletnym ignorantem ekonomicznym. Zresztą wciąż nim jestem, ale na własnych błędach nauczyłem się kilku rzeczy, którymi chcę się podzielić.

Pierwsza jest tak: nie należy ufać doradcom inwestycyjnym (a już zwłaszcza ignorantom takim jak ja). Kiedy człowiek dojdzie już do wniosku, że chce pooszczędzać, zazwyczaj kieruje swe kroki do mądrali z banku, w którym ma konto. Jest to zachowanie racjonalne, ale broń Boże nie należy takiemu analitykowi wierzyć, jak papieżowi. Po pierwsze, to zazwyczaj młody gościu, bez szczególnego doświadczenia i wielkich sukcesów. Gdyby je miał, nie byłby szeregowym pracownikiem w oddziale sieciowego banku. W zanadrzu ma garść komunałów, które można wyczytać w gazetowych poradnikach. Że należy inwestować przynajmniej 10 procent dochodu. Że regularne oszczędzanie drobnych sum daje większe korzyści niż jednorazowe inwestowanie dużych. Że kluczowa sprawą jest dywersyfikacja inwestycji - to znaczy, że nie należy wszystkich pieniędzy pakować w jedno miejsce. Wszystko to prawda, ale dość banalna i oczywista. Ten poziom eksperctwa można osiągnąć samemu dość szybko, studiując zielone strony „Rzeczpospolitej". Wystarczy tylko potem zrobić poważna minę, założyć krawat, użyć kilku trudnych wyrażeń (na wszelki wypadek wypisanych dużymi literami na ekranie laptopa) i gotowe: samemu jest się analitykiem, czy tez - jak nazywają ich pieszczotliwie internauci - analem.

Po drugie: taki bankowy doradca musi wyważyć między interesami klienta, a swego banku. I - niestety - z mojego doświadczenia wynika, że szala zawsze wychyla się w stronę banku. Taka jest już natura tego zawodu. Doradca jest w gruncie rzeczy bardziej sprzedawcą usług finansowych. Pracując w banku X nie poleci funduszy inwestycyjnych banku Y, mimo że są o wiele lepiej zarządzane i przynoszą wyższe zyski niż x-owe. Z tego po prostu trzeba sobie zdawać sprawę.

Mnie zajęło trochę czasu, żeby zdać sobie z tego sprawę. Dość pomocny był w tym kryzys. Przed jego wybuchem byłem bardzo zadowolony z usług bankowych doradców. Oczywiście, kiedy mamy hossę i wszystko kwitnie, to twoimi pieniędzmi może zarządzać i Mandaryna - na pewno nie stracisz. Kiedy jednak sytuacja staje się mniej stabilna już nie jest tak łatwo. Mój bankowy gostek kilka dni przed finansowym tsunami zachęcił mnie do włożenia nie małej sumy w fundusz akcyjny inwestujący w Europie Środkowej i Wschodniej. Był to przejaw jego ignorancji (oraz, oczywiście, mojej), ale nie złej woli. Tę wykazał później proponując mi kilka tak zwanych „struktur". Jest to rodzaj inwestycji, na których nie można stracić, więc przezywały one swoje złote dni w gorących miesiącach kryzysu. Zazwyczaj były jednak tak skonstruowane, że klient nie mógł też na nich zarobić. Po prostu jego ( w tym wypadku moje) pieniądze szły do bankowej zamrażarki. Bank z nich sobie korzystał, a ja po dwóch albo trzech latach dostawałem swoje z powrotem. Oczywiście znacznie sensowniej było włożyć tę kasę na dobrze oprocentowana lokatę.

No, ale dzięki temu przynajmniej zrozumiałem, że doradca finansowy nie jest nieomylny, a mój interes interesuje go tylko wtedy, gdy jest zbieżny z interesem banku. Dlatego, jeśli nie chcemy być jedynie pokornym, sieciowym klientem jakiegoś wielkiego bankowca (banku wielkiego jak tankowiec), absolutnie nie należy się przejmować tym co mówi przydzielony nam w ramach „private banking" facio. Owszem, można go posłuchać, ale zazwyczaj trzeba zignorować. W końcu doradca to ktoś kto doradza. Od decyzji jesteśmy my.

Zobacz również:

(mini)

Igor Zalewski - Wynurzenia człowieka zagubionego




ABC wizyty u doradcy finansowego

KOMENTARZE
Dodaj swój komentarz

RadźSobie.pl 2009 © Wszystkie prawa zastrzeżone.
Projekt i wykonanie: SoftCOM